Strona:Karol May - Trapper Sępi-Dziób.djvu/139

Ta strona została uwierzytelniona.

sama przyrównała to do drzewa. Czy nie zrozumiała mnie pani?
— Zrozumiałam pana, sennor, — uśmiechnęła się. — Myśli pan o towarzyszu życia, którego szukam. A takim człowiekiem chciałby pan sam zostać?
— O, jakże chętnie! Zrzekłbym się wszystkiego, aby panią uszczęśliwić.
Szybkie jak błyskawica, kłujące spojrzenie padło z jej oczu. Jej twarz spoważniała i przybrała zimny, surowy wyraz.
— Czegoby się pan mógł wyrzec, sennor?
— Ach, uważa mnie pani za zwyczajnego, ubogiego sennora Hilario? Powiedz, czego żądasz od człowieka, do którego chciałbyś należeć?
— Przedewszystkiem miłości; prawdziwej, wiernej miłości!
— Nie brak jej. A może pani wątpi?
— Chcę wierzyć.
— A więc mów pani dalej!
— Nie jestem wprawdzie bogata, sennor, nigdy jednak nie walczyłam z ubóstwem. Żądam pewności, że nie doznam nigdy biedy i niedostatku.
— O, mogę panią zapewnić, że jestem bogaty.
— Pan? — zapytała z niedowierzaniem Emilja. — Bogaty?
Spojrzenie jej padło z dumą na jego niepozorną postać.
— Nie sądź pani po moim ubiorze, sennorita! — rzekł.
— Dobrze. Zapewnia mnie pan, żeś jest bogaty. Czy mógłby pan dowieść?

133