Strona:Karol May - Trapper Sępi-Dziób.djvu/21

Ta strona została uwierzytelniona.

pozostały konie. Poszkodowany wybrał sobie wzamian najlepszego z owych wolnych rumaków.
Z sześcioma trupami nie zadawano sobie wiele trudu. Poprostu rzucono je do rzeki. Ranni zaś stanowili poważną przeszkodę w wyprawie. Trzeba było rozstrzygnąć ich los.
— Znam schronienie, gdzie można ich będzie umieścić, — rzekł jeden z owych rycerzy z pod ciemnej gwiazdy.
— Gdzie? — zapytał Cortejo, któremu ból mniej już dokuczał.
— Przedewszystkiem trzeba wziąć pod uwagę, że tu, na tem wybrzeżu, nie będą bezpieczni. Z tamtej strony natomiast mam starego znajomego, który o trzy mile od rzeki posiada chałupę. Tam będą mogli bezpiecznie wylizać się z ran.
— Ach, gdybym mógł pójść z nimi! — jęknął Cortejo.
— Kto panu zabrania?
— Czyż mogę od was odejść?
— Czemu nie? Wszak nie widzi pan, a zatem nie będzie z pańskiej obecności żadnego pożytku.
— Być może, jedno oko wyleczy się w ciągu tej nocy.
— Być może. Jednakże lepiej pan zrobisz, jeśli będziesz się pielęgnował, sennor. Zostaw nam rozkazy. Spełnimy je dokładnie.
— Nie. Zostanę z wami.
Meksykanin przestał namawiać. Zapadł wieczór, zapalono ognisko. Usiadł przy niem, zatopiony w my-

15