Strona:Karol May - Trapper Sępi-Dziób.djvu/58

Ta strona została uwierzytelniona.

wsiadł na koń i pojechał. Na parowcu oczekiwano go z niecierpliwością.
— Znaleziono? — zawołał jeszcze zdala Juarez.
— Tak — odparł.
— Jego samego?
— Nie; tylko, niestety, jego ślad.
— Biada! A więc żyje?
— Pewnie. Tą chustką przewiązywał sobie oczy.
Mówiąc to, Sternau wszedł na pokład i pokazał chustkę.
— Co jeszcze wiecie o nim? — zapytał lord.
— Przedewszystkiem, że na pewno ma poranione oczy. Po drugie, że pływał na małej tratewce.
— A więc słusznie przypuszczał mój sternik, że jego własni najemnicy wydali go na sztych.
— W takim razie przeżył kilka okropnych godzin. To nie przelewki być ślepym i samotnie pływać na tratwie.
— Przypuszcza pan zatem, że istotnie oślepł?
— Przynajmniej chwilowo. Gdyby wzrok mu dopisywał, nie zostawiłby chustki. Zapewne spadła mu z twarzy i nie mógł jej znaleźć. Prąd zaniósł na brzeg jego małą tratwę. Poczuł ląd i wydostał się na ziemię, gdzie znaleziono go pośród sitowia.
— Kto? — badał prezydent.
— Myśliwy, któregośmy dziś spotkali.
— Ach, ten! A więc nasi Apacze się spóźnili?
— Tak, niestety; ten myśliwy pojechał z nim, jak się zdaje, w kierunku południowym.
— To jeszcze nieźle. Został więc w kraju. Gdyby zaś znalazł się na drugim brzegu, dotarłby do Te-

52