Strona:Karol May - W Harrarze.djvu/82

Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie; jestem chrześcijaninem.
— Musisz mnie słuchać, psie!
— Co takiego? Psie? Oto moja odpowiedź!
Kapitan wymierzył Arabowi tak silny policzek, że uderzony padł, wywracając koziołka. Dwaj pozostali wyciągnęli noże, chcąc rzucić się na kapitana. Ale nie wporę się wybrali, kapitan bowiem miał potężną pięść. Twardą jak stal ręką wymierzył każdemu z nich uderzenie tak skuteczne, że padli na ziemię, niezdolni do walki.
— Chłopcy, przywiążcie tych łotrów do masztu! — rozkazał kapitan. — Nauczymy ich, co to znaczy obrażać kapitana-Europejczyka, powiedzieć mu psie!
Rozkaz wykonany został szybko i chętnie. Marynarze zabrali Arabom broń i przywiązali tak mocno, że ci nie mogli się ruszyć.
Tymczasem położenie statku arabskiego stawało się coraz groźniejsze. Bryg wlókł go za sobą; ponieważ pokład był niski, zaczęła Araba zalewać woda.
— Wstrzymajcie się, łotry! — ryknął przywódca. — Czy nie widzicie, że utoniemy, jeżeli nas nie usłuchacie?
— Dla mnie to obojętne, czy zatoniecie, czy też nie, — odparł kapitan. — Przetnijcie linę, jeżeli się chcecie ratować.
— Nie wolno mi tego uczynić. Lina należy do gubernatora.
— Cóż robić? Pijcie więc wodę morską za pomyślność gubernatora.
— Przecież sami możemy przeciąć linę — rzekł sternik.

78