Strona:Karol May - W wąwozach Bałkanu.djvu/138

Ta strona została skorygowana.
—   124   —

— Zabierz go stamtąd!
— Niech to kupiec zrobi.
— Czy ten, u którego zostawiłeś, tak dalece nie jest godny zaufania?
— To nie jest złożone u nikogo.
— Nie? A gdzież?
— W czystem polu.
— Allah jest wielki! Jak wpadłeś na tę myśl?
— Nie ja na nią wpadłem, lecz inni.
— Ale ty dałeś przyzwolenie?
— Także nie. Nigdybym nie przechowywał takiego towaru tak lekkomyślnie.
— W takim razie nie rozumiem ciebie.
— Wytłómaczę ci to w zaufaniu. Robisz namnie wrażenie człowieka, który nie zdradzi drugiego.
— Nie, tego nigdy nie czynię!
— Dobrze, dobrze; wierzę ci. Sam przyznasz, że trzydzieści piastrów to mało, bardzo mało!
— Hm! Tego teraz jeszcze nie mogę powiedzieć. Nie widziałem dywanów.
— Powiadam ci, że to mało, bardzo mało. Nikt nie sprzedaje tak tanio.
— Dostałeś je zapewne jeszcze taniej!
— Oczywiście! To się samo przez się rozumie.
— Ile dałeś?
— Słuchaj! To niezbyt zręczne pytanie. Żaden sprzedający nie przyzna się, ile zarabia rzeczywiście, ale, jak już powiedziałem, będę z tobą otwarty.
— No, ile zarabiasz?
— Trzydzieści, tylko trzydzieści piastrów.
Spojrzał na mnie, nie rozumiejąc zupełnie.
— Na całym zapasie?
— Co mówisz? Nie byłbym przecież na tyle głupi, żeby się zadowalać tak małą kwotą. Na każdym dywanie tyle zarabiam.
— To przecież niemożliwe!
— Czemu nie?