Strona:Karol May - W wąwozach Bałkanu.djvu/414

Ta strona została skorygowana.
—   390   —

— O Allah! Chcesz tam iść w nocy?
— Prawdopodobnie.
— To już nigdy na dół nie wrócisz. Duchy cię zgubią!
— Ciekaw jestem, jak się do tego zabiorą.
— Nie drwij, effendi! Złym duchom obojętne jest niestety, czy umiesz zmierzyć księżyc i słońce, jak i to, z którego jadłeś sułtańskiego talerza. Nie pytają wogóle o nic, lecz pochwycą cię za czuprynę i wykręcą ci twarz na plecy.
— Oho!
— Tak, tak! — rzekł, kiwając głową.
— Czy zdarzały się już takie wypadki.
— Kilkakrotnie!
— Na górze w ruinie?
— Tak. Znajdowano o świcie ludzi pomiędzy gruzami z twarzą, przekręconą ku plecom.
— Czy żyli jeszcze?
— Jakże możesz tak pytać? Komu twarz przekręcą do pleców, ten ma już kark złamany. Więc i tamci nie żyli.
— Ach tak! Mówiłeś o ludziach, a nie o trupach. Czy ich tu znano?
— Nie. To byli zawsze obcy. Raz tylko udał się tam mieszkaniec Ostromdży. Był to nowy kawas, który w duchy nie wierzył. Zatknął za pas nóż i pistolety i poszedł tam o zmroku. Spotkał go ten sam los, co owych nieszczęśliwych. Twarz miał czerwono-siną, a język zwieszał mu się z ust.
— Czy dawno się to stało?
— Niema jeszcze dwu lat. Ja sam widziałem tego zuchwałego człowieka.
— Jeszcze za życia?
— Tak, a potem jego zwłoki. To ci chciałem powiedzieć.
— Cieszy mnie to niezmiernie! Opisz mi jego zwłoki!
— Przedstawiały straszny widok!