Strona:Karol May - W wąwozach Bałkanu.djvu/461

Ta strona została skorygowana.
—   435   —

Usłyszano mój strzał, dany do wrony. To zwabiło sporą liczbę ciekawych, którzy z pewnego oddalenia patrzyli ze zdumieniem na to, że idę z kobietą do jej mieszkania.
Kto zna brudną i nędzną gospodarkę Półazyi, ten uwierzy, że musiałem się tym ludziom wydać księciem w mojem ubraniu.
— Nie zajmuję izby sama, effendi — rzekła kobieta. — Mieszka ze mną razem druga rodzina.
Domyśliłem się, co nastąpi i przypuszczenie się spełniło. Ujrzałem nie izbę, lecz jamę bez podłogi i tynku, tak wilgotną, że krople ze ścian spływały. Wszystko było pleśnią pokryte, a w całej izbie panował zaduch.
W tej norze przewalało się lub leżało około dziesięciorga dzieci. Dwie małe dziury, służące jako okna, nie przepuszczały więcej światła ponad to, ile potrzeba było, aby twarze rozpoznać.
Do tego dodać należy śmierdzące koce i ubrania, nieokreślone narzędzia, słowem okropność.
W kącie siedziała stara kobieta i żuła coś jasnego. Przyjrzawszy się bliżej, przekonałem się, że była to łupa z harbuza.
Niedaleko niej siedział w kuczki chłopiec z ręką na temblaku. To był syn Nebatii. Zabrałem go ku drzwiom, aby lepiej zobaczyć i usunąłem temblak, by zbadać opatrunek. Nie jestem lekarzem, ani chirurgiem, ale zauważyłem ku memu zadowoleniu, że hekim, który rękę opatrzył, nie był głupcem.
Oczywiście biedny malec wyglądał jak głodomór.
Nie powinniście tu dalej mieszkać — rzekłem do matki. — Tu nigdy nie wyzdrowiejesz.
— Panie, gdzie mam się udać?
— Precz, tylko precz!
— To łatwo powiedzieć. Ja to mieszkanie ledwie mogę opłacić.
— To ja ci się postaram o inne.
— O gdybyś chciał to uczynić!
— Zrobię, co będzie w mojej mocy. Jestem tu