Strona:Karol May - W wąwozach Bałkanu.djvu/464

Ta strona została skorygowana.
—   438   —

wstrzymałem ją energicznem skinieniem tak, że nie ośmieliła się pójść za mną aż do towarzyszy, którzy na mnie czekali. Pojechaliśmy dalej. Wsiadając na konia zauważyłem, że ciekawi otoczyli biedną kobietę, pewnie, aby się czegoś od niej dowiedzieć.
Z Nohudą, Grochem, który się chciał odmłodzić, nie pożegnałem się wcale. Przystąpiła mimo zaklejonej twarzy do ciekawych widzów, a tam szukać jej nie miałem ochoty.
Skręciliśmy od źródła w wązką uliczkę, gdzie na rogu ujrzałem obdartusa, przypatrującego się nam bystro. Nie uderzyło mnie to szczególnie, gdyż wszystkie spotkane dotąd osoby wydały mi się obdartemi.
Nie wiedziałem teraz, dokąd zaprowadzi nas Turek. Zapytałem go o to, a on wyraził swoje zdziwienie, że tego przedtem nie uczyniłem.
— Pzypuszczałem, że odpowiednio zajmiesz sie nami — odrzekłem.
— Prowadzę was do konaku „et tohr el ahmar“; tam powinno się wam podobać.
Zastanowiło mnie to godło gospody. Brzmiało to tak, jak w uliczce naszego prowincyonalnego miasteczka, „Et tohr el ahmar“ znaczy: „pod czerwonym wołem“. Przypomniało mi to stosunki w ojczyźnie. Nazwa dowodziła wprawdzie smaku nieco pospolitego, ale hotelu z firmą paryską nie należało tu oczekiwać.
— Znasz gospodarza? — spytałem.
— Nawet bardzo dobrze — odrzekł z uśmiechem. — Jego żona jest siostrą mojej.
Ucieszyło mnie to, gdyż spodziewałem się, że przyjaźń Ibareka dla nas przejdzie także na jego szwagra i tegoż żonę.
Miasto, o ile zwiedziliśmy je dotychczas, nie przedstawiało nic ciekawego. Wschodnie domy i chaty ze zwróconemi do ulicy ścianami bez okien. Małe, blizkie upadku, budowle. Drogi usypane z iłu, z którego w dniach gorących wznoszą się tumany kurzu, podczas gdy w słotę zapada się w błoto po kolana. Do tego sztafaż na wzór