Strona:Karol May - W wąwozach Bałkanu.djvu/470

Ta strona została skorygowana.
—   444   —

chowe cierpienia. Przez to nie twierdzę, że jestem zwolennikiem kaleczenia podeszew moich bliźnich. Odpowiedziałem zatem:
— Właśnie, ponieważ doświadczyłbyś podwójnych cierpień, powinienbyś podwójnie unikać wszystkiego, coby skłaniało władzę do wymierzenia ci kary. Ale przyszła właśnie na mnie godzina litości i spróbuję, czy mogę cię ułaskawić.
— Spróbuj, o panie! Ja złożę otwarte wyznanie.
— Więc mów, kto ci polecił!
— Mibarek.
— Co ci obiecał za to? Pieniądze?
— Nie. Święty nigdy nie daje pieniędzy. Przyrzekł mi amulet na obfity połów ryb, bo jestem przewoźnikiem i rybakiem zarazem.
— Jak brzmiało to polecenie?
— Miałem iść za tobą, a potem mu donieść, gdzie zamieszkałeś.
— Kiedy i gdzie mu to masz powiedzieć?
— Dziś wieczorem w jego celi na górze.
— Czy można z nim jeszcze mówić tak późno?
— Nie, ale tych, którym dał jakie zlecenie, przyjmuje. Należy tylko zapukać i pewne słowo...
Zatrzymał się ze strachem.
— Dalej! — rozkazałem.
— Więcej nic nie wiem.
— Czy chcesz mnie znów okłamywać?
— O nie, effendi.
— A jednak kłamiesz!
Przyszły mi na myśl poprzednie jego słowa, że Mibarek nigdy nie daje pieniędzy. Skoro wiedział o tem tak dobrze, to widocznie już częściej wykonywał polecenia starego. To też pytałem dalej:
— Jeśli się zapuka jak zwykle, to nie otworzy?
— Nie.
— Ale skoro się powie umówione słowo, to wpuszcza?
Milczał.