Strona:Karol May - W wąwozach Bałkanu.djvu/482

Ta strona została skorygowana.
—   454   —

Odpowiadający wskazał przytem na nas.
— Czemu ich nie przyprowadzacie?
— Bo oni nie chcą.
— Czemu nie zmusicie ich do tego?
— Nie możemy.
Te pytania i odpowiedzi padały tak dokładnie i szybko jedno na drugie jak wyuczone. Można się było śmiać do rozpuku.
— Więc pokażę wam, jak się zmusza takich ludzi! Przystąpił bliżej i dobył szabli. Oczy obracały mu się jak kule, a z za warg ukazały się długie, żółte zęby.
— Czy słyszeliście łotry, czego chcą kawasi od was? — wrzasnął do nas.
Zapanowała idealna cisza.
— Czyście słyszeli?
Nikt znowu się nie odezwał.
— Czyście pogłuchli?
Mogło się tak wydawać, bo żaden z nas nie drgnął nawet powieką. To go tak rozgniewało, że wypadł całkiem z równowagi. Zamachnął się szablą, aby mnie płazem uderzyć i zawołał:
— Psie! Ty zaraz przemówisz!
Szabla świsnęła, ale nie na mój grzbiet, o nie, tylko na ziemię, a sierżant zauważył, gdy się obejrzał, że siedzi także na ziemi.
Zerwał się klnąc, aby się rzucić na nas, ale stanął i wytrzeszczył oczy, jak gdybyśmy byli duchami. Siedzieliśmy wciąż jeszcze cicho, sztywnie i niemo jak bożki.
Nie ruszył się prócz mnie ani jeden z towarzyszy, ja to bowiem wytrąciłem mu szablę z ręki i zadałem potem cios, który go na ziemię powalił. Stało się to jednak tak szybko, że nie mógł tego przewidzieć.
Przesunął wzrokiem po nas od jednego do drugiego, potem odwrócił się i zapytał:
— Czy przedtem też byli tacy?
— Tak — odrzekł nasz znajomy z zarośli.