Strona:Karol May - W wąwozach Bałkanu.djvu/486

Ta strona została skorygowana.
—   458   —

To jednak, że pojawiliśmy się dumnie na koniach, nadało twarzy jego wyrazu takiego ogłupienia, że byłbym się głośno zaśmiał, gdyby w pałających nienawiścią oczach nie pokazało się coś, co wcale nie licowało z wyrazem okazywanej głupkowatości.
Zsiedliśmy z koni. Rzuciłem Osce cugle i przystąpiłem do kawasów:
— Gdzie kodża basza?
Wypowiedziałem te słowa tonem rozkazującym. Zapytany ukłonił się po wojskowemu i odrzekł:
— W swojem mieszkaniu. Czy chcesz z nim mówić?
— Tak.
— Zamelduję cię. Powiedz, jak się nazywasz i w jakiej sprawie przychodzisz.
— To mu sam powiem.
Usunąłem go na bok i postąpiłem ku drzwiom. Wtem otwarto je od środka i wyszedł człowiek długi, chudy, chudszy może od żebraka i starego Mibareka.
Postać jego otulał kaftan, który sunął się po bokach tak, że nóg widać nie było. Głowę okrywał turban, którego chusta była może biała, ale przed pięćdziesięciu laty. Szyję miał tak cienką i długą, że głowa ledwie się na niej trzymała; chwiała się więc w prawo i w lewo, do góry i na dół. Wyglądało to tak, jakgdyby potężny i ostry nos objawiał szczególne upodobanie w wystającej na kształt wola krtani.
Człowiek ten łypnął na mnie ze zdumieniem małemi, bezrzęsnemi i kaprawem i oczyma i zapytał:
— Do kogo?
— Do kodża baszy.
— Ja nim jestem. Ktoś ty?
— Jestem tu obcy i mam przedłożyć ci oskarżenie.
Nim jeszcze odpowiedział, wpadł sierżant ze swymi ludźmi przez bramę, zatrzymał się zdziwiony naszym widokiem i zawołał sapiąc:
— Allah w’ Allah! Toż to są oni!
Z nim i za nim wcisnęło się jeszcze więcej ludzi, ale nikt nie przemówił ani słowa. Było tak spokojnie