Strona:Karol May - W wąwozach Bałkanu.djvu/86

Ta strona została skorygowana.
—   74   —

— To też mu nie wierzyłem. Mówił po wołosku i to takim dyalektem, jakim, o ile mi się zdaje, posługują się w okolicach Slatiny.
— Slatina? Tak, tak! — potwierdziła skwapliwie. — Kramarz znał go niewątpliwie lepiej, niż nam to okazał. Rozgniewał się na niego i nazwał go Wołochem, giaurem, russialy katolikiem i heretykiem ze Slatiny.
— Z tego wnosić należy w każdym razie, że go zna bardzo dobrze i że nasz więzień pochodzi ze Slatiny.
— A teraz przypominam sobie także, że w gniewie nazwał go posłańcem buntowników i rewolucyonistów.
— To wysoce zajmujące! Może od grubego piekarza w Dźnibaszlu dowiem się jeszcze czego więcej.
— Chcesz się tam udać, effendi?
— Tak, teraz już napewno.
— A czy więzień ma o tem wiedzieć?
— Oczywiście. Wszak sam mnie wezwał do tego.
— Czy powiesz mu także, że dowiedziałeś się, kim on jest właściwie?
— Nie; to byłaby nieostrożność, której się nie dopuszczę. Macie mi jeszcze co do powiedzenia?
— Nie — rzekła kobieta. — Powiedziałam wszystko, co wiem. Pozwól jednak, że spytam się o coś, co mię bardzo niepokoi!
— Pytaj, a może trwoga twoja okaże się bezpodstawną.
— O nie! Jeżeli ten obcy należy do niezadowolonych, to jesteśmy w niebezpieczeństwie. Schwyciliśmy go, a on się zemści, albo zemszczą się za niego jego sprzymierzeńcy.
— Zapewne, że to myśl, której trudno wam się pozbyć, może jednak uda [się sprawą tak pokierować, że nie będziecie mieli powodu do niepokoju. Jego sprzymierzeńcy was pokrzywdzili, a to jest przyczyną dostateczną do zastosowania do tego waszego postępowania. Przedewszystkiem pomówię z nim jeszcze teraz, ponieważ się tego domagał.
Zapaliliśmy trzaskę, otworzyli piwnicę i wsunęliśmy