Strona:Karol May - Walka o Meksyk.djvu/24

Ta strona została uwierzytelniona.

Hm — odpowiedział nieznajomy, uśmiechając się przebiegle. — Może i znam.
— Powiadacie może. Dlaczego „może“?
— Wiem, że ten sennor nie chciał, abym go poznał. Zatoczył koło, aby mnie ominąć.
— Ah, tak. Jakiego miał konia?
— Kasztana.
— Poznaliście go jednak?
— Poznałem po sposobie trzymania się. Tak siedzi w siodle tylko jeden człowiek.
— Któż taki?
Człowiek idący obok wózka znowu uśmiechnął się i rzekł:
— Mam wrażenie, że bardzo wam na tem zależy. Sennor, jestem biedakiem, a każda usługa zasługuje na nagrodę.
— Oto ją macie — rzekł Gerard, rzucając mu srebrną monetę.
— Dziękuję A więc ten człowiek nazywa się doktór Hilario.
— Któż to taki?
— Lekarz klasztoru della Barbara, położonego tu w mieście.
— Lekarz? Ah, tak! — rzekł Gerard. — Czy jechał daleko od was?
— Niebardzo, Nie pozwalała na to szerokość drogi.
— Nie zauważyliście u kasztana jakichś znaków?
— Owszem. Koń ma na prawej stronie pyska białą plamę.

20