Strona:Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Maryna z Hrubego.djvu/308

Ta strona została uwierzytelniona.

— Je coz to takiemu biédokowi, na cym lezy?
— A hojby jom to obesło, to nie powié...
— Bo nie gado...
Zdjęły sztywne ciało Sobcockuli z nosz i na mchu położyły.
— Lez ze se haw, lez — rzekła Żelazna.
Poczem rozbiły nosze i każda wzięła deskę pod pachę i wlec je jęły odwracając się ku wsi.
Po chwili rzekła Leśna:
— Ale wam powiem, kieli to ten las, co sie nie przeruwa nikany...
— No haj... Straśnie je wielgi...
— I pusty. A moze ta w nim teroz niejeden taki stary cłowiek lezy...
— Abo i błądzi... Kie Kośla swojego ojca Pietra do lasa wywióz, to jesce Pieter fajnie hodziéł...
— Niémog sie wej Kośla dockać, kie ociec umre... To straśnie gwałtowliwe, a złe, jak pies.
— Mnie roz Mrowcowa Kaśka padała, jeze kości ze starego Mijała Mrowce, co béł jej hłopu strycnym dziadkem, to jaze kajsi pod Kosystom juhasi z wiesnom naśli, telom dal zaseł, kie go przed Gody Maciek Mrowca, syn, do lasa wywióz.
— Siéłe miał, na to seł, a wracać się du domu niémiał po co.
— Wiécie — rzekła Leśna — kie se tak pomyślis, e, to strasny ten las... Jedni w nim nie-