Strona:Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Melancholia.djvu/210

Ta strona została uwierzytelniona.
KSIĄDZ.

Ale za to cudne rzeczy musieliście widzieć.

ARTUR.

Nie do opisania, księże proboszczu. Kiedy słońce padło na lody, zdawało się, że ocean purpury i płomieni świat zalewa. Blask był olśniewający.

ANAN (marząco).

Chciałabym kiedy widzieć puste polarne przestrzenie w miesięcznem świetle...

KSIĄDZ.

Co do mnie, dawniej, marzyłem nieraz o Wschodzie. Chciałem być w Ziemi Świętej, na grobie Chrystusa.

ARTUR.

Byłem i tam.

ANNA (j. w.).

Nie mogę sobie inaczej wyobrazić Chrystusa, tylko w długiej, powłóczystej szacie, stojącego o zmroku, kiedy dopiero pierwsze gwiazdy wschodzą, blade i nikłe, nad jakąś wodą wielką i cichą, z głową na pierś schyloną, z wyrazem nieskończonego smutku na twarzy... Powieki ma spuszczone i gorzki, bolesny uśmiech na ustach... Patrzy w wodę, w głąb wodną... A cicho jest w okół i sennie... (Pauza).