Strona:Klejnoty poezji staropolskiej (red. Baumfeld).djvu/193

Ta strona została skorygowana.


Po wieleż razy, Panie! ta ziemia spluskana
Milionowe hordy chlebem swym żywiła!
A kośćmi i rynsztunkiem zbójeckim zasiana,
Wrogów naszych zawodną nadzieją cieszyła,
Że w oceanie nieszczęść swych zatonie,
Głowy nie wzniesie ani świtem wionie....

Nie mniejsze Twoje dziwy, nasz obrońco możny!
Kiedy z pustyń arabskich Izmaela plemię
Posuwając orężem swój księżyc dwurożny,
Tysiąca państw kwitnące przywalało ziemie;
A depcąc carstwa wschodniego ruiny,
Przytknęło sztandar do naszej krainy....

Tyś garstkę ojców naszych przeciw niemu stawił;
Ledwie mu w twarz zajrzeli niezmróżonem okiem,
On się samym postrachem ich lica zadławił,
I jako drugi Dagon przed bóstwa widokiem,
Padł zgruchotany, krwią popoił rzeki!
Jęknął w pustyniach i przestraszył wieki!

Wielkie Twe dzieła, Panie! dla naszego rodu;
Przegadać ich nie mogli nasi pradziadowie.
Przestrzeń ta szerokiego nader jest obwodu —
Każdy dzień, każdy zakąt łaski Twe opowie,
Któreś po całym rozsiewał ich domu,
Że w niczem przodku nie dali nikomu....

Cóż się wżdy podziałało z póżnem ich plemieniem?!
Tyś twarz odwrócił... a my!... w proch się rozsypali!
Szczątki jego wiatr rozniósł z pyłem i z imieniem.
Morza z niemi igrają po zaświatnej fali,
Ciskając z gniewem na murzyńskie piaski
Ciała, zaskrzepłe piętnem Twej niełaski.