Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/103

Ta strona została przepisana.


— Bardzo, bardzo dobrze. Inaczej nie godzi się, nie można. T ak dziadkowie i ojcowie robili...
— A wieczorem tego dnia zabawa będzie, osiedliny, jako że cała wieś na nowem miejscu się osiedla.
— A tyś rada...
— Nie zapieram się — rada jestem. Całe lato zeszło, nie wiadomo po jakiemu. Były żniwa bez dorzynków, bez tańca, bo i gdzie? Każdy miał z budowlami zachód, a od łomotania siekier dotychczas jeszcze w głowie huczy. Młodzi się przymawiali, a starsi uradzili, że zabawa po poświęceniu ma być.
— A gdzie znajdziecie takie miejsce obszerne?
— U nas. Stancye duże, jest gdzie się obrócić. Babka nagotuje, napiecze, dziadek kupi półbeczek piwa, a jest też i miód ze starej siedziby.
— Koszt duży będzie.
— Eh, co tam! albo to dziadka nie stać, nie pożałuje. Gospodarze chcieli, żeby każdy się przyłożył do kosztu, ale dziadzio się rozgniewał. O! nasrożył się, aż strach było patrzeć i powiedział: «Kto na mój dom łaskaw,