Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/189

Ta strona została przepisana.


— Nie głodnym, dziękuję, już po kolacyi jestem.
— To chociaż krupniku szklaneczkę.
Talarowski wziął szklankę, wychylił ją duszkiem i rzekł:
— Za pomyślność gospodarstwu i ich ślicznej córeczki. Zdaje mi się — dodał — że przerwałem zabawę; państwo tańczyli. Możnaby znów zacząć, ja przecież nie przeszkadzam, owszem... radbym i ja z wami. Hej, muzyka!
Jeden z młodzieży, syn Wątorka, chłopak bardzo popędliwy i prędki, usłyszawszy to, wybiegł do sieni i krzyknął na muzykantów:
— Hej, żydzi! Myśmy was sprowadzili, my, młodzież z kolonij, my wam płacimy i nas tylko macie słuchać. Niech mi się żaden nie waży smyczka tknąć, bo was chyba...
— Za co was? — odparł najstarszy grajek. — Pan ma racyę, bo pan płaci; każe pan grać, gramy — nie każe grać, nie gramy. Wolimy nawet trochę nie grać, ręce odpoczną.
— Pamiętajcież!
Talarowski zbliżył się do Hanusi i siedzącego obok niej Janka.