Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/190

Ta strona została przepisana.


— Jak się pan ma? — rzeki, podając mu rękę.
— Dziękuję.
— A panny Hanusi o to nawet nie pytam, bo wygląda, jak najpiękniejsza róża. Będę bardzo szczęśliwy, jeżeli pani zechce ze mną przetańczyć.
— Nie, nie! — odrzekła zapłoniona dziewczyna — dziękuję za honor, ale nie mogę.
— A to dlaczego?
— Bo nie mogę. Siły już nie mam, tyle godzin.
— Widzę, że pan Jan szczęśliwszy, aniżeli ja.
— Bo pan Jan — odrzekła — jest pan Jan.
Znamy się od bardzo dawna.
— Ja mógłbym to samo powiedzieć...
— A nie!... My się bardzo mało znamy, ale, przepraszam, babka mnie woła.
Uciekła, jak spłoszona ptaszyna. Talarowski usiadł na jej miejscu, obok Janka.
— Widzę — rzekł — że mi tu nie bardzo radzi. Czy pan tego nie uważa?
— Nie mogę wiedzieć, czy tu kto panu rad, czy nie rad, przez długi czas byłem daleko od swoich i nie wiem, co się tu działo.