Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/242

Ta strona została przepisana.


Mróz tego dnia był dobry, sanna doskonała. Sople lodu pokrywały wąsy szlachcica i barani kołnierz jego delii; na czapce, na wychylających się z pod niej włosach, na brwiach, uczepił się szron biały.
Żona powitała go okrzykiem:
— Gdzieś ty bywał, człowieku? Bój się Boga! Ja mało oczu nie wypatrzyłam za tobą... myśląc, czy Boże broń, nieszczęście, czy wypadek...
— Pierwsze mi to? Wiesz przecie, że na zabawę nie jeżdżę, tylko za handlem, a rozmaicie się zdarza...
— Zdrów chociaż jesteś?
— Zdrów, zmarznięty, głodny i czego gorącego napiłbym się...
— Zaraz, zaraz. Zdejm-że ten kożuch. Czekaj, pomogę ci, pas rozwiąż.
— Coś ty koło mnie bardzo jakoś zachodzisz dziś, kobieto...
— Czym ja kiedy była inna? Nie dbałam zawsze o ciebie?
— No, juści prawda, ale dziś szczególnie. Gdzież Adam?
— Tylko go patrzeć. Do miasteczka pojechał.