Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom I.djvu/100

Ta strona została skorygowana.

Jakić on tam jest ów chłopina, lepszy, czy gorszy, a choćby, na to mówiący, i krzynkę lubił łyknąć, przecie nie pies, ale gospodarz... Albo ja to raz choćby i naszej pani gospodyni perswaduję, ale gdzie zaś? Jak jeno co — ona wnet do człowieka ze złością, że ani przystąp....
— Także! — rzekła sklepikarka ramionami ruszając.
— A jużci, z czem się tu drożyć?
— Tak samo i ja myślę — tembardziej, że i ze sklepikiem jednej trudno... Trzeba to i owo kupić, i na Starem Mieście być, i za Żelazną Bramą i na Grzybowie, a kto ma sklepiku pilnować?
Kilka grubych kropel deszczu spadło na chodnik.
— Chodźcie Józefie do mnie — rzekła jejmość — poczęstuję was, i co prawda, interes też mam.
— Do mnie!?
— Do was, do was, mój Józefie, przecież wy stróż, a stróż w domu, to jakby młodszy gospodarz.
— Wiadomo... coby zaś taki obywatel bez stróża znaczył, albo i gospodyni!? Miotły to dobrze nawet na kiju nie potrafi obsadzić. Siedziałoby to cięgiem w kozie za nieporządek i tyle...
— Widzicie Józefie, mój niby przyszły mąż nie jest byle jaki człowiek, ale rzemieślnik i to delikatnej profesyi.
— A wiem, wiem, z Piwnej ulicy. Powiadają o nim, że znaczny tokarz jest, i że ma warsztat o dwóch kółkach, że niegdyś po kilku czeladzi utrzymywał.
— Wszystko prawda, święta prawda mój Józe-