Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom I.djvu/161

Ta strona została skorygowana.

— Ależ panie, znasz pan mnie przecież! Dla artystów zawsze jestem na usługi, dla wszystkich, a cóż dopiero dla takiego mistrza, jakim pan jesteś! Nie zaprzeczaj, po co ta skromność niepotrzebna! Kto ma talent powinien nosić głowę do góry: niech wiedzą zwykli śmiertelnicy, że ich ta głowa o całe niebo przerasta.
— We własnym kraju trudno być prorokiem.
— Żartujesz, panie Aleksandrze! Czyż społeczeństwo nie bije ci oklasków, aż mu ręce puchną?
— Komu?
— A no... społeczeństwu! narodowi, współziomkom, to fakt.
— Gabinecik zamówiłem, panie dobrodzieju.
— Ślicznie. Chodźmy więc, zamykajmy się, jedzmy i rozmawiajmy.
Zasiedli w odosobnionej altance, i Faramuziński zadysponował śniadanie dość kosztowne.
— Po co takie zbytki! — protestował Kalski.
— A, panie Aleksandrze! skoro mam ten honor, że z tobą czas przepędzam, pozwólże mi być gospodarzem i nie krępuj mnie. Mam prawdziwą przyjemność, że mogę pana ugościć, prawdziwy zaszczyt!
Przy kieliszku serdeczność wzrastała, ale Faramuziński, chociaż towarzyszowi ciągle dolewał, sam pił bardzo niewiele, i niebawem też role się zmieniły: — aktor pod wpływem mocnego wina i likierów rozrzewnił się naprawdę, Faramuziński zaś rozrzewnionego udawał.
— Panie, — mówił Kalski, — niech mnie ogień