Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom I.djvu/219

Ta strona została skorygowana.

W nocy miała bardzo przykre sny. Zdawało jej się, że widzi drogę wśród lasu, że po tej drodze jedzie pan Franciszek. Wtem, z za drzew wyskakują uzbrojeni złoczyńcy i rzucają się na niego ze strasznym okrzykiem. Zawiązuje się walka, krew płynie, młodzieniec broni się ostatkiem sił, lada chwila polegnie, gdy ni ztąd, ni z owąd, jak z pod ziemi, zjawia się kareta, taka z remizy, jakiemi w Warszawie państwo młodzi do ślubu jeżdżą. Z tej karety wyskakuje tryumfująca, uśmiechnięta Niemeczka, porywa młodzieńca, zabiera go z sobą i uwozi... Rozbójnicy, las, kareta, wszystko niknie w ciemnościach, zapada się, ginie... Sen dziwaczny i przykry.
Andzia przebudziła się niespokojna, przestraszona, z silnym bólem głowy.
Nazajutrz była jak nieswoja. Coraz mniej myślała o swojem niewzruszonem postanowieniu. Zdawało jej się, że w domu jest dziwnie pusto i smutno.
Kiedy Faramuziński przyszedł z wiadomością, że otrzymał list z zagranicy, i że siostrzeniec jego za parę tygodni powróci, Andzia ucieszyła się niezmiernie. Była tego dnia bardzo wesoła, śmiała się, żartowała, wrócił jej dawny dobry humor i swoboda.
Później, codziennie zaglądała do kalendarza i wykreślała ołówkiem dni już minione; daty zajmowały ją tak dalece, jak gdyby była kupcem i miała terminowe zobowiązania. Ażeby skrócić czas, który jej się nieznośnie długim wydawał, wynajdywała sobie rozmaite zajęcia. Robiła porządki w domu, szyła, śpiewała, byle dzień prędzej przeszedł. Tłómaczyła