Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/113

Ta strona została przepisana.


owego spadku, a zebrawszy wszystkie wiadomości jakie mu były potrzebne, zabierał się do odejścia.
— Zostań, zostań — mówiła radczyni — wieczór, tylko patrzyć jak dzieci nadejdą. Będziesz mi nawet potrzebny, bo nie wyobrażasz sobie jaki z niemi mam kłopot.
— Cóż takiego?
— Czesław...
— O, przepraszam mamę, ale co się tyczy pana Czesława...
— Posłuchaj-że przynajmniej o co idzie.
— Słucham, ale z góry zastrzegam, że w nic się wdawać nie będę; naraziłbym się tylko na nieprzyjemność.
— Uprzedzasz się niesłusznie.
— Już ja wiem, co mówię.
— Otóż Czesław zabija się lekeyami, pracuje od rana do nocy; wprawdzie zarabia, stosunkowo zarabia nawet dużo, ale czyż dziś potrzebuje zarobku kosztem zdrowia?
— Upór, wygórowana ambicya! Ja zawsze mówię, że ten chłopak nie zajdzie daleko. Nie ma języka, którymby można do niego przemówić. A propos, jakież wrażenie zrobiła na nim wiadomość o sukcesyi?
— Wzrusza ramionami i śmieje się.
— Śmieje się?
— Tak, powiedział do mnie, że kto ma mniej złudzeń, tem mniej rozczarowań go czeka i stanowczo w nadspodziewane łaski fortuny nie wierzy.
— Czy opiera to na jakich podstawach?