Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/133

Ta strona została przepisana.


miast iść wygodnym, utartym szlakiem, torują sobie jakieś nowe dróżki, na których najczęściej kark kręcą.
— Uprzedziłeś się, przecież ja prawie ciągle patrzę na tego chłopca i widzę, że jest nad wiek swój stateczny i poważny.
— To właśnie źle.
— Więc wolałbyś, żeby było inaczej? On pracuje, on uczy się ciągle, czyta....
— I to źle!
— No, doprawdy teraz już sama nie wiem co podług ciebie jest dobrze.
— Dużo by było o tem mówić, a mama znużona i ja również potrzebuję cokolwiek chociaż wypocząć. Od rana muszę być na nogach, gdyż wice-dyrektor podobno cierpi na bezsenność, może więc wstanie wcześnie, a w takim razie i ja, jako gospodarz, muszę być na nogach.
— Naturalnie, naturalnie, mój Adolfie, nie zatrzymuję cię, idź spać.
— Dobranoc, mamie.
— Dobranoc.
Pan inżynier poszedł do swego pokoju, po chwili jednak wrócił.
— O najważniejszem zapomniałem — rzekł.
— O czem, Adolfie.
— Niech mama powie Stasi, żeby była dla niego bardzo uprzejmą...
— Bądź spokojny, pamiętam o tem dobrze.
Niezadługo w apartamentach pana inżyniera wszyscy pogrążeni byli w śnie głębokim, oprócz jednej