Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/167

Ta strona została przepisana.


— Mamę... Janinkę... Czesia...
— A nie przychodzi ci nigdy myśl wyjścia zamąż?
— Nie, mateczko.
— Ciężar mi spada z serca. Wobec tego coś powiedziała przed chwilą, misya moja znacznie będzie łatwiejszą.
— Nie wiem co mama chce przez to powiedzieć.
— Moja Stasiu, panienki w twoim wieku bywają egzaltowane, ty, jak sądzę, wolna od tego jesteś...
— O mamo! nasze pokolenie dzisiejsze, jest bardzo, bardzo trzeźwe...
— Tem lepiej.
— Może, tem gorzej, mateczko.
— Dlaczegóż gorzej, moja Stasiu. Przeciwnie, zostanowienie się, rozwaga, zawsze przynoszą w życiu dobre rezultaty.
Stasia rozśmiała się.
— Nie rozumiem co jest śmiesznego w tem co mówię i co cię właściwie do wesołości pobudza.
— Nic, już nic, kochana mateczko, mimowoli, przypomniało mi się coś zabawnego... ale ja mamy słucham.
— I naturalnie usłuchasz.
— Chciałabym mateczce zrobić tę przyjemność, lecz trudno odpowiedzieć nie wiedząc o co idzie.
— O twoje szczęście, Stasiu.
— Ah, szczęście — rzekła z westchnieniem — szczęście!..