Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/173

Ta strona została przepisana.


VII.

Przyszła wiosna z całem bogactwem słonecznem jasności, kwiatów i zieleni.
Rozśpiewały się ptaszęta w gajach, rozmodlił się zawieszony w powietrzu niby szara plamka skowronek, powróciły białe bociany do gniazd dawnych i cała ziemia przybrała szatę nową, usianą kwieciem, woniejącą balsamem lasów, obsypaną brylantami rosy.
Ludzie wiejscy uwijali się po polach, a i w miastach także ruch powstał i z murów zatęchłych wysypał się rój dziatwy żądnej słońca, powietrza i biegania.
W ogrodach, na spacerach publicznych było gwarno, wszyscy witali pożądane, upragnione uśmiechy wiosny.
Pan inżynier pojechał za granicę.
Plenipotent, któremu windykacyę spadku powierzył, zbywał go niejasnemi, lakonicznemi odpowiedziami co do sprawy samej, a pieniędzy na jej prowadzenie wciąż żądał. W kołach znajomych zaczęły kursować niepożądane pogłoski, które sobie ludzie z waryantami różnemi podawali.