Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/181

Ta strona została przepisana.


się zawieźć na kolej jak małe, chore dziecko, spoglądające na świat obojętnie, bezmyślnie.
Stasia wysłała depeszę.
W Warszawie na dworcu Czesław przybycia matki i siostry oczekiwał, gdy pociąg przybył, pośpieszył drzwi wagonu otworzyć. Stasia z okrzykiem radości rzuciła się bratu na szyję.
Tak dużo oboje mieli sobie do powiedzenia.
Gdy radczyni znalazła się znowu w dawnem mieszkanku na Ogrodowej ulicy, zaczęła płakać i powtarzać, że wszystko przepadło, że ostatnia nadzieja zniknęła.
Próbował ją Czesław przekonać, że jest inaczej, lecz oświadczyła mu wręcz, żeby sobie nie zadawał fatygi.
— Zwodzicie mnie wszyscy — mówiła — teraz już nikomu nie wierzę; nie mówcie mi o sukcesyi, ani o majątku, pozwólcie cierpieć spokojnie i modlić się... żeby mi Pan Bóg prędzej śmierć zesłał, bo już nie mam ani siły, ani ochoty do życia.
Czesław wszakże nie dał za wygraną, pobiegł w tej chwili do mecenasa i poprosił go, żeby osobiście przybył i matkę uspokoił.
Stary prawnik i stary galant zarazem, z tą uprzejmością szczególną, którą się ludzie dawniejszej generacyi odznaczają, przybył nie zwłócząc i tyle komplementów, tyle grzeczności dawnej swojej znajomej naprawił, że potrafił ją ożywić i w dobry humor wprowadzić.
Mówił z nią o nieboszczyku radcy, o dawnych towarzystwach, wspólnych znajomych, o koligacyach