Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/232

Ta strona została przepisana.


Tej kobiecie, co owe biedne gospodarstwo prowadzi, będzie może ze sto lat, to i nie ma ochoty schylać się i pracować jak młoda. A i dla kogóż ma zabiegać i zbierać? Sama jedną nogą już w grobie, a gospodarz... ten nic nie żąda, nic nie mówi i niczego nie pragnie.
Dziwny człowiek, nawiedzony, czy opętany, ludzie go się lękają, choć taki jest, że nikogo nie zaczepi i każdemu z drogi ustąpi.
Rozum ma niespełna ten czowiek, choć pracuje, jak inni.
Nieraz podczas roboty coś mu się przypomni nagle... wtedy rzuci sochę, czy sierp i szuka wody, a gdy znajdzie, to usiądzie przy rzece, rowie, czy choćby przy kałuży, byle przy wodzie i zaczyna ręce myć. I tak je będzie mył do wieczora, do nocy, będzie szorował błotem, piaskiem, żwirem aż do krwi i nie ruszy się z miejsca. Dopiero starucha, widząc, że go niema, pójdzie na wywiady, a odszukawszy kijem go trąca... On wtedy wstaje, bierze porzuconą kosę lub sierp i idzie za babą do domu, jak dziecko.
Trudno, żeby z takim opętanym sprawiedliwi gospodarze kompanię trzymali; on stroni od ludzi i ludzie od niego, bo i wejrzenie ma dziwne, nieludzkie.
Gospodarstwo jego całej parady trzy morgi pola i maleńki skrawek łąki nad wodą, sam sobie pan na swojej biedzie, sam sługa. Ma szkapę starą i włogawą, nią zaorze, zabronuje; sam sprzątnie, do stodoły zwiezie, sam młóci, o ile mu to nieszczęsne mycie na przeszkodzie nie stanie.