Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/233

Ta strona została przepisana.


Do kościoła chodzi rzadko, a przyszedłszy nie staje między ludźmi, ale ma swój kącik upodobany przy dzwonnicy i tam całe nabożeństwo przestoi, nie przeżegnawszy się, nie poruszywszy ustami. Tyle, że czapkę zdejmie, jeżeli nie zapomni...
Ludzie wracają do wsi po nabożeństwie; wtedy i on odchodzi i nie drogą, ale miedzami i bruzdami, na przełaj.
A przecież pamiętają we wsi, że opętanym na świat nie przyszedł, lecz, że był dzieckiem, wyrostkiem a potem mężczyzną, jak należy.
Miał urodę i rozum i wesołość. Do roboty był jedyny, dziewczęta szalały za nim, lubił pobawić się, pośmiać i pośpiewać.
Chałupę i gospodarstwo po rodzicach wziął, którzy odumarli go wcześnie. Nie jaka to fortuna, ale przecie... Mógł się ożenić i drugie tyle gruntu dostać.
Swatali go z gospodarskiemi córkami, mógł mieć ziemię, parę koni, krowy i wszelki dobytek, ale nie chciał. Już on widać wtedy niezupełnie dobrze miał w głowie, skoro starszych ludzi nie słuchał i dobre rady miał za nic.
Podobała mu się dworska dziewczyna; ładna, bo ładna, ale latawica i bez gruntu, bez grosza i bez niczego. Dla oczów śmiejących, dla twarzy gładkości, dla tych zębów, co je do każdego szczerzyć lubiła, wziął ją, przełożył nad gospodarskie córki, choć urodziwe i bogate.
Gładajże takiemu, jak sobie co u widzi!
Dość stryj jego Michał Węcior, pierwszy na całą