Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/237

Ta strona została przepisana.


Gdy w kwadrans później przyszli ludzie ze wsi, aby uwięzić mordercę, zastali go pochylonego nad korytem przy studni...
Mył ręce...
Rzucili się na niego, związali, nie stawiał najmniejszego oporu... Na zapytania wcale nie odpowiadał, a oczy miał takie, jak człowiek przebudzony nagle z głębokiego snu, nie zdający sobie sprawy z tego, gdzie jest i co się z nim dzieje.
Nazajutrz zaprowadzono go do miasta powiatowego — potem dalej, do gubernii.
Mieli z nim sędziowie niemało kłopotu, gdyż wszelkie ich pytania milczeniem zbywał i żadna siła ani jednego słowa nie mogła z niego wydobyć. Nie odzywał się ani do towarzyszów więzienia, ani do stróża, który mu jedzenie przynosił, do nikogo.
Kamień się z tego człowieka zrobił, kłoda bezduszna.
Nie śmiał się, nie płakał, nie zdradzał ani żalu, ani tęsknoty, tylko wzrok w ścianę utkwiwszy lub w sufit, patrzył bezmyślnie całemi godzinami. Gdy strażnik iść mu kazał — szedł, wstawać — wstawał, kłaść się na spoczynek — kładł się.
Z taką samą apatyą byłby się dał przykuć do taczki i dźwigałby ciężary, ale nie wysłano go do kopalni, został na miejscu.
Sędziowie, nie wiedząc co robić z tym trupem żyjącym, oddali go lekarzom. Ci przecież od tego są, żeby wiedzieli, co się dzieje w głowie ludzkiej i w sercu.
Wzięli też Wojtka w swoje obroty, badali po