Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/66

Ta strona została przepisana.


— Ja to nie powiem... Ona, mnie się zdaje, spadnie.
Inżynier zaczął bębnić palcami po stole; przez jakiś czas milczenie przykre trwało.
Fichtencwajg rozglądał się po pokoju i okiem znawcy każdy najdrobniejszy nawet przedmiot oceniał.
— Panie Fichtencwajg — odezwał się nareszcie inżynier — właśnie dziś chcemy papiery po ojcu rozpatrzyć, zgłoś się pan za parę dni. Ja tu jeszcze będę.
— Ali! z całą przyjemnością.. Słowo pana inżyniera warte jest tysiące, a podpis... ha! ha! co ten podpis wart!.. Moje uszanowanie państwu, moje uszanowanie, proszę pamiętać co Fichtencwajg jest najżyczliwszy przyjaciel.
Z temi słowy żyd, kłaniając się nizko, wyszedł.
Otyły pan inżynier wielkiemi krokami zaczął po pokoju chodzić, w zamyśleniu targał się za brodę, mówiąc półgłosem:
— Zwaryował żyd! jeszcze podpisywać mi każe! nabrałem tyle majątków! posagów! Zwaryował!
— Mamo — rzekł — trzeba jednak zrobić jakiś porządek z tem wszystkiem.
— Owszem, mój Adolfie, proszę cię... masz oto klucze, idź, szukaj, przepatruj.
— Mama pójdzie ze mną?
— Nie, idź sam, proszę cię... zresztą może ci Czesio pomoże.
— Nie mamo, ja na lekcyę śpieszę.
— Więc Janinka, Stasia...
Pani Adolfowa poszła powoli za mężem, do gabi-