Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/102

Ta strona została skorygowana.



V.

Nazajutrz, w oznaczonej godzinie, syn stawił się na wezwanie ojca. Był bardzo blady i przygnębiony, mogło się zdawać, że mu przez jedną dobę kilkanaście lat przybyło.
Nie poszedł przywitać się z matką, nie zajrzał do siostry, lecz udał się wprost do kancelaryi. Pan Załuczyński siedział przy biurku; gdy Janio wszedł, rzucił okiem na zegar.
— Jedenasta — rzekł — czekałem na ciebie.
— Wiem o tem.
— Nie znaleziono cię w domu...
— Proszę ojca, wczoraj była niedziela, dzień, w którym pozwalam moim parobkom na odpoczynek i rozrywkę; sądziłem więc, że mogę pozwolić i sobie...
Pan Sylwester podniósł się z krzesła, spojrzał na Jania surowym wzrokiem, i rzekł chłodno:
— Twój sposób wyrażania się świadczy, że jesteś w stanie do pewnego stopnia gorączkowym; a ponieważ sprawa, o której chcę mówić, wymaga chłodnej rozwagi, przeto lepiej będzie jeżeli odłożymy tę konferencyę na czas inny... Przyjdź, gdy będziesz spokojniejszy i nauczysz się mówić do ojca właściwszym tonem niż dziś.