Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/141

Ta strona została skorygowana.



VII.

Pan Sylwester z każdym dniem tracił humor, mówił w ogóle bardzo mało, dyspozycye wydawał krótkie, lakoniczne. Godzinami całemi w gabinecie swym przesiadywał, i tam odosobniony, zamknięty, nie robił nic. On! który tak wysoko cenił wartość czasu, który uważał zmarnowanie choćby jednej godziny, jeżeli nie za zbrodnię, to za występek co najmniej, potrafił teraz przesiedzieć godzin kilka w bezczynności zupełnej, z oczyma utkwionemi nieruchomo w jeden punkt.
Często wzdychał, a przecież westchnienie to objaw sentymentu, objaw żalu czy smutku, czy w ogóle uczucia. Zły był san na siebie, gniewał się, zżymał, próbował walczyć z sobą, przezwyciężyć swą słabość, oprzeć się jej... Próbował, przezwyciężyć nie mógł i... znów wzdychał, uczuwał dziwną tęsknotę, a w oczach miał coś wilgotnego, jakby łzę... Zrywał się z krzesła, przecierał oczy, nakładał okulary. — Wzrok mi słabnie już z wieku — mówił do siebie — oczy mam sforsowane, trzeba do okulisty się udać... Tak, to osłabienie wzroku, cierpienie oczu, zmęczenie, skutki czytania, ślęczenia nad rachunkami, boć przecie nie łzy! Wreszcie może inaczej nazwać niemożna tej wilgotności