Strona:Klemens Junosza - Awantura.djvu/2

Ta strona została uwierzytelniona.


. . . . . . . . . . . . . . . . .

Poprzednia właścicielka kamienicy, wdowa, zanim się po raz trzeci za mąż wydała, bębniła po całych dniach na fortepianie.
Brzęczał ten klekot, och, brzęczał rano i po południu i wieczorami, a czasem nawet i późno w nocy rozlegały się jego dźwięki, może dla pocieszenia wdowiego serca, a może aby dawać światu i ludziom do zrozumienia, że w tym domu jest kobieta, która ma chęć i nieprzymuszoną wolę do zmiany nazwiska.
Ona sama mówiła, że jeżeli gra, to niekoniecznie dlatego, żeby grać, lecz tak sobie, dla rozmaitości.
Słuszna racja; dlaczegóżbym ja także dla rozmaitości nie miał spisywać pamiętnika? Jaka osoba, takie i memuary, ale skoro już tak sobie postanowiłem, to wykonam.
W młodości uczono mnie, że był ongi w Grecji pewien jegomość, nazwiskiem Plutarch, który spisywał żywoty znakomitych ludzi i tem się wsławił tak dalece, że do dnia dzisiejszego o nim wspominają. Co do mnie, sądzę, że z równą, jeżeli nie z większą dokładnością, niż on, mógłbym napisać biografje kilku znakomitych kamieniczników i wielu lokatorów; mógłbym nawet nakreślić całą historję kamienicy, jak kto inny, naprzykład, dzieje Rzymu lub Anglji.
Cóż to nadzwyczajnego! Podzieliłbym sobie na epoki... ale jak? A no tak, jak było, choćby biorąc rzecz z dezynfekcyjnego punktu widzenia: była epoka chlorku wapna, koperwasu, karbolu, smoły gazowej, tak samo, jak z punktu widzenia hypotecznego była era wdowy grającej, co się trzeci raz za mąż wydała, potem okres rzeźnika­‑wędliniarza, który od niej dom nabył, krótkie czasy jego syna i epoka obecna, dzisiejszego właściciela, który tem się od poprzednich różni, że w swoim domu nie mieszka, a nawet w Warszawie rzadko kiedy bywa i pieniądze trzeba mu za granicę odsyłać.
Już blizko dziesięć lat okres ten trwa i ja jestem w kamienicy, niby wicekról Indyj w Kalkucie; z tą tylko różnicą, że mam uposażenie trochę mniejsze, niż on, bo tylko jeden pokoik na dole i dziesięć rubli miesięcznie w gotowiźnie, za meldunki, pilnowanie stróża, wojny z lokatorami, za pamiętanie o dymiących piecach, popsutych kuchniach, obdartych tapetach, zaciekającym miejscami dachu i tysiącznych innych drobiazgach.
Żeby nie to, że jeszcze mam inny stały obowiązek kantorowy i że posiadam trochę grosza, którym po maleńku obracam, nie byłoby z czego żyć.
Jak jest, tak jest, ale klepie się biedę jakoś, a niekiedy bywa nawet wesoło; najbardziej zaś to mnie pociesza, że stanowisko jest poważne, kłaniają mi się grzecznie lokatorowie, kłania bardzo nizko stróż, a ze gospodarz jest nieobecny, więc znowuż ja nie mam tak bardzo komu się kłaniać, a jeżeli to czynię, to więcej przez dobre wychowanie i przez grzeczność, niż z potrzeby.
Żony nie mam, bo w jednym pokoiku byłoby dla dwojga zaciasno. Trafiało mi się parę razy, że mógłbym się był ożenić, nawet i posag obiecywali, ale bałem się. Musiałbym mój pokoik opuścić, tryb życia zmienić, co mi po tem? Zresztą u nas w domu, co mieszkanie, to lokator, co lokator, to żona, a co żona, to ambaras — powiedziałem więc sobie: dać pokój i dałem pokój.
Stancja moja jest na dole, w podwórku, w oficynie; nie mogę powiedzieć, żeby była zanadto wielka, owszem, raczej małą nazwać ją można, ale dla mnie samego wystarcza. Dla interesantów jest cokolwiek szczupła i gdy przyjdą naraz trzy sługi z meldunkami, to jedna stoi przy mojem biurku, a dwie muszą czekać za drzwiami, bo nie zmieściłyby się już w stancji. Naturalnie, że nie codzień trafia się taki ścisk, ale przy przeprowadzkach kwartalnych bywa.
Na dole jest bawarja: trzyma ją niejaka Matjasowa, powiadam Matjasowa, bo Matjas się nie liczy; nie ma żadnego znaczenia i nikt na niego nie patrzy.
Ona komorne płaci, patenty wykupuje, służbę godzi, pijanych gości sama za drzwi wyrzuca, a on tylko przy antałku siedzi i piwo toczy, a jeżeli nie toczy, to drzemie.
W tej bawarji gości dużo bywa, a szczególniej w sobotę wieczorem, po fercentagach tłok taki, że o miejsce trudno.
We frontowej stancji, z drzwiami na ulicę jest bufet bardzo porządny i kredens oszklony na trunki.