Strona:Klemens Junosza - Guwernantka z Czortowa.djvu/14

Ta strona została uwierzytelniona.
III.

Upłynęło już pół roku od owéj pamiętnéj chwili, w któréj z przyczyny niepogody, pan Leon zamiast serca, otworzył parasol; a pół roku — to zaprawdę kawał czasu.
Serce pani Heleny cierpiało jak dawniéj, daremnie szukając duszy siostrzanéj, albowiem wszelkie dusze z wąsami, które od czasu do czasu nawiedzały Czortów, zwracały uparcie oczy na biedną nauczycielkę, unikając spojrzeń saméj pani, częstokroć bardzo wymownych.
Nawet w panu Leonie zaszły pewne zmiany, spoważniał nieco i mówił o sobie mniéj znacznie niż dawniéj.
Widocznie, że pęknięte jego serce zostało odrutowaném choć w części.
Raz nawet, podczas spaceru, słuchając tęsknych zwierzeń pani Kalasantowéj, popełnił straszną zbrodnię, jednę z tych, których kobieta nigdy nie przebacza.
On ziewnął!
Wprawdzie zasłonił sobie usta pod pozorem kaszlu, ale nie zdołał zamaskować fatalnego ruchu szczęk.
Zbrodnia była odkryta.
Od téj chwili dusza rozmarzonéj kobiety, stała się podobną do rzeki ujętéj w silne tamy i szluzy.
Szumiała ona głucho i burzyła się, grożąc zerwaniem grobli, lub też straszną, wszystko niszczącą powodzią.
Powiadają uczeni, że wylew burzliwych uczuć damy w pewnym wieku, bywa bardzo gwałtowny... Szczęściem, że pani Helena umiała maskować swe myśli i szanowała pozory...
Zachowywała też spokój i ani na chwilę nie wychodziła z roli poważnéj damy, mało dbającéj o to, o kim młodzież myśli i kto jest bóstwem téj młodzieży na całą okolicę.
Czasem tylko w przystępie dobrego humoru, lubiła robić przycinki swemu małżonkowi, który się często zamyślał.
— Cóżto pan dobrodziéj, — mówiła — zadumany?...
— Ech, moja duszko, doprawdy, że mi już mózg wysycha.
— A tak, zmieniłeś się bardzo... uważam to już od pół roku...
— Być może... bo też interesa...
— Nie udawaj i nie kręć, wiesz przecież, że przed mojém okiem nic się nie ukryje.
— A cóż ja mam do ukrywania, albo do kręcenia?
— Ha! ha? ty? a to mi dopiero naiwność.
— Ale z czegóż to wnosisz, bo ja jak Pana Boga mego kocham, jestem niewinny jak dziecko.
— Naprzód, nie klniesz w pokoju.
— No, bo widzisz jakoś nie wypada...
— Teraz zwłaszcza; powtóre ubie-