Strona:Klemens Junosza - Milion za morzami.djvu/17

Ta strona została skorygowana.
Rozdział czwarty, w którym będzie kilka słów o młodzieńcu co nic nie mógł skończyć, a od jesieni już wisiał przy pewnéj dykasteryi.

W lichéj restauracyjce, przy lichéj uliczce w Warszawie, w osobnym pokoju, szczególnie zadymionym i zakopconym, siedziało kilku młodych i wesołych ludzi, pomiędzy którymi odznaczał się sympatyczną powierzchownością młody przystojny blondyn, o bujnéj czuprynie i kołnierzykach wyciętych w sposób straszliwy.
Młody ten człowiek mówił do swoich współbiesiadników:
— Czy widzieliście kiedy uczciwego szlachcica w roli Sfinksa?
— Ciekawszém byłoby ujrzéć Sfinksa w roli szlachcica.
— No — otóż szanowny dawca mego życia, po raz pierwszy zaprezentował mi się jako Sfinks.
— Powinieneś więc odtąd nazywać się Sfinkssohn.
— To ładnie brzmi: jak założysz dom handlowy z wiktuałami na Maryensztadzie, to weź sobie to nazwisko na firmę, zawsze jako Sfinkssohn znajdziesz łatwiejszy kredyt niż jako Gozdawski.
— Widocznie nie czytałeś ostatniego utworu mego papy, kiedy mi mówisz o sklepiku.
— Cóż to za utwór, — zapytano, — może dramat, bo jakoś masz bardzo nos na kwintę.
— Gorzéj niż dramat — sielanka!!
— Ładny interes, porzucasz więc Warszawę?
— Niestety, tak: rozpoczynam najpiękniejszą idyllę, bukolikę — co chcecie — zostaję rolnikiem.
— Zkądżeż to nagłe postanowienie?
— Czytajcie, — to mówiąc Wicek, bo piękny blondyn był rodzonym synem pana Gozdawskiego — rzucił na stół depeszę.... Pięć głów schyliło się nad nią i pięć głów przeczytało te słowa:
„Bierz dymisyę i przyjeżdżaj natychmiast, wziąłem dla ciebie dzierżawę.”
— I cóż ty będziesz robił na téj dzierżawie?
— A nic — będę dzierżawcą; dziwi mnie tylko, zkąd ojcu przyszła myśl tak nagła i niespodziewana.
— Ha, wypadki po ludziach chodzą.
— Pewnie ma dla ciebie jaką gęś.
— A dajcież mi święty pokój.
— Ale ma, ma, gęś prawdziwą, gęś ze wszystkiemi cnotami parafialnemi, okropną niewinność w perkalowéj sukni, używającą pomady topolowéj; jeżeli tak, winszujemy ci szczęścia.
— Pijmy zdrowie przyszłéj pani Gozdawskiéj.
— Niechaj żyję para młoda! przy zaręczyn tych obrzędzie!!
— Cóż to za żarty?
— To nic, wyjątek z Halki.... lecz powiedz jakże postąpisz?
— Zobaczę: w każdym razie w wysokich sferach urzędowych zajdą ważne zmiany.
— Dla czego.
— Opuszczam natychmiast zaszczytne stanowisko dyetaryusza.
— Sądzę, że twój naczelnik nie będzie płakał.
— O! to stary krokodyl.... ołowiana dusza.... podobno się urodził w oficyalnéj kopercie, z numerem na plecach.
— Ba! ale za to jak siedzi! dziesięć godzin z rzędu nie wstaje z krzesełka.
— Miły ananas, a nudny jak przegląd polityczny.
— Jutro przychodzę do niego i powiadam mu ostro: panie naczelniku, dłużéj urzędować razem nie możemy, niech więc pan się poda do dymisyi, albo niech mnie pan dymisyę wyrobi.
— No to możesz być pewny, że on wybierze to drugie.
— Przecież nie o co innego mi idzie; a jak mi się zapyta co zamierzam czynić, to mu powiem, że kupuję plantacye trzciny cukrowéj w Ameryce.
— Ładna myśl! więc jedziesz?
— Ha, cóż robić, musi być ważna przyczyna kiedy mój ojciec odżałował rubla na depeszę; jutro wieczór już siedzę w wagonie.
— Żałujemy cię mocno, byłeś wesołym kolegą i dobrym towarzyszem w naszéj czasem różowéj, a najczęściéj bezbarwnéj doli, lecz kiedy odjeżdżasz....