Strona:Klemens Junosza - Na chlebie u dzieci.djvu/47

Ta strona została skorygowana.

dołach rozlegał się łoskot cepów, młócono na gwałt — bo żydzi za pszenicą a żytem jak oparzeni latali, a o owies domagali się tak, jakby lada dzień wielkie wojska nadejść miały.
W stodołach rozlegał się łoskot cepów, ale w kuźni u Kusztyckiego łoskot był większy jeszcze. Od rana do nocy tłukły ciężkie młoty w kowadła, a z rozpalonego żelaza iskry niby z ognistych pieców leciały.
Jak Suchowola Suchowolą, nigdy jeszcze tyle roboty w kuźni nie było.
Kusztycki obstalunek duży do sąsiedniego młyna dostał i ogromne pieniądze zbijał.
— No, panie majster — mówił do niego Łomignat Maciej, który siekierę nastalić przyszedł — jak skoro teraz nie wyleziecie z żydowskich pazurów, to już chyba nie wyleziecie nigdy.
— Ha, może przy pomocy Bożej wylezę — odrzekł kowal, nie odrywając się wcale od roboty, bo już taką naturę miał majsterską, że jak co zaczął, to z ręki nie wypuścił, póki nie skończył.
Łomignat chcial znowu coś powiedzieć, lecz w tejże chwili rozległy się poważne dźwięki dzwonu.
— Co to? — zapytał kowal — na co dzwonią?
— Nie wiem — toć nie święto i nie na południe. Chyba kto umarł.
— Nie było słychać, żeby kto chory był w Suchowoli.
— Może z innej wsi.