Strona:Klemens Junosza - Na ojcowskim zagonie.djvu/35

Ta strona została skorygowana.

— I mnie ta sama myśl przychodziła do głowy, odezwała się pani Janowa. To jest bardzo dobry, bardzo pracowity chłopiec.
— No, przytem wasz daleki krewny. Sierota, od czwartej, czy nawet od trzeciej klasy szedł o własnych siłach, młodszych, mości dobrodzieju ucząc, jednak szkoły skończył i to bardzo dobrze. Co prawda wyżej się nie kształcił, bo nie mógł, ale czasu nie marnował. Nie jest ci on wprawdzie doktorem filozofii, ale liczy już dziesięć lat praktyki odbytej w doskonałych, wzorowych gospodarstwach, a to nie bagatela.
— Słyszałam, że istotnie dużo skorzystał.
— Ależ, mościa dobrodziejko, to gospodarz całą gębą, a przytem młodość, pracowitość, energija!...
— Czy tylko będziemy mogły wynagrodzić go należycie — zauważyła Zosia.
— Otóż to sęk! mościa panno, toś trafiła dopiero jak kulą w płot! Nie udawaj, że nic nie wiesz, bo mnie starego nie wyprowadzisz w pole... Onby za twoje jedno spojrzenie u żyda siedem lat służył...
Pani Janowa uśmiechnęła się.
— Gdzież to asindźka ucieka? — spytał ksiądz odchodzącej Zosi.
— Herbatą zająć się trzeba — odrzekła wychodząc.
— Zawstydził proboszcz moją jedynaczkę.
— Nic to, pani dobrodziejko nie szkodzi, na to jest młoda, żeby się rumieniła, kochała i uciekała jak kto o nim wspomni. Zwykła to kolej rzeczy na tym świecie. Nie szkodziłoby nawet żeby się te ich marzenia spełniły, wprawdzie chłopak, prócz głowy i dwojga rąk zdrowych, nie ma nic, ale ręce czyste a głowa zacna to pono najlepszy majątek, moja pani.
— Gdzież nam teraz o tem myśleć, żałoba tak świeża, troski ciężkie... niepewność wreszcie, czy zdołamy się utrzymać przy tym kawałku gruntu który mamy.