Strona:Klemens Junosza - Pan sędzia.djvu/11

Ta strona została uwierzytelniona.
— 3 —

miecz, jakich ongi używali sławni grenadyerzy wielkiego Fryderyka...
Na pochwałę mieszkańców miasta i obywateli przedżających przyznać należy, że groźny ten oręż nigdy a nigdy z pochwy dobywanym nie bywał — a nawet wątpić się godzi czyby się dał wyjąć i czy posiadał kiedykolwiek ostrze... Ludność była lojalna i spokojna, żydkowie strażnicy w pełnieniu obowiązków sumienni, a pan dzierżawca konsumcyi składał tysiączek do tysiączka i setki takich tysiączków dla swych dziatek zbierał.
Do dziś dnia pozostały owe rogatki miejskie ze szlabanami, budkami i całym aparatem, zapomocą którego można było miasto uczynić nieprzystępnem, nie dla nieprzyjacielskiego najazdu wprawdzie, lecz przynajmniej dla zwyzzajnej fury chłopskiej, albo ładownego towarami wozu.
Może dzięki owej „fortyfikacyi konsumcyjnej“ i czujności straży, może dzięki groźnemu obliczu policyanta i energii pana burmistrza, nie słychać było w mieścinie o wielkich kradzieżach i rozbojach — a obywatele miejscy rolnicy, wychodząc w pole na robotę, zamykali drzwi domostw swoich na patyk, spokojni że im nic a nic nie zginie.
Tak, tak; były to czasy prawie patryarchalnej prostoty i czystości obyczajów, tak dalece że nawet na jedyny w całem mieście bilard, z mocno podziurawionem suknem i wyszczerbionemi bilami, zapatrywano się jako na rzecz niemoralną i zdrożną.
Prostota przechowywała się w miasteczku w czystości, bo też nawet wieści z szerszego, łatwiej ulegającego wpływom zepsutego zachodu świata, dochodziły tu w dozach homeopatycznych.
Dwa razy na tydzień, chrapliwy dźwięk trąbki pocztowej obwieszczał miastu przybycie biedki, w której wnętrzu mieściły się gazety i listy. Na ten odgłos zapaleni politycy: