Strona:Klemens Junosza - Pan sędzia.djvu/89

Ta strona została uwierzytelniona.
— 81 —

— O cóż ci więc idzie, moja Anielcu... skoro mamy się wziąść do szewctwa?
— Ach tak! tak, wybornie, zobaczysz jaki ze mnie będzie dobry szewczyk! Jak zacznę stukać młotkiem, to chyba aż w niebie będzie słychać... Taką robotę to rozumiem — i tak się z niej naprzód już cieszę, tak się cieszę, że opowiedzieć nawet tego nie potrafię...
— Z czego się pani tak cieszy? — zapytał podpisarz, ukazując się na werendzie.
— O! to moja tajemnica, łaskawy panie... moja własna tajemnica.
— Założyłbym się że ma jakiś związek z malinami, których w tym roku taka obfitość w ogródku...
— Trafił pan jak kulą w płot! cóż mnie maliny obchodzą? Ale, zkąd się pan tu wziął? przecież panowie grają w altance.
— Dostałem urlop... i przyszedłem panie bawić.
— Szlachetny zamiar... Ukłoń-że się Zosiu — pan Komorowski ma nas bawić. Siadamy i czekamy — a co do mnie dodaję, że rzeczywiście spragniona jestem zabawy... choćby w piłkę!
— Niestety, pani, do tej zabawy najmniej jestem zdatny; natomiast mogę rzucać paniom najświeższe nowinki miejskie — będzie to także niejako gra w piłkę... z udziałem całego miasteczka; gdyż nowinki mają tę własność że byle je tylko rzucić, w lot chwytane są przez naszych przyjaciół i nieprzyjaciół, znajomych i nieznajomych.
— Wiesz pan co, to dobra zabawka, — rzekła Anielcia, — proszę więc brać „piłkę“ pierwszą lepszą i rzucać do do nas... tylko z jednym warunkiem...
— Słucham pani.
— Byle nie brać piłek już ogranych, gdyż nie lubię zabawki, która przeszła już przez wszystkie ręce.