Strona:Klemens Junosza - Zagrzebani.djvu/235

Ta strona została skorygowana.

trzymuje krytyki, ale... to jest... jest... wyrośnie gdzieś w jakimś zakątku serca, ukryje się na samem dnie duszy, ale jest i czasem boli, czasem straszy, czasem dziwną jakąś trwogą przejmuje... Bóg wam zapłać, moje dzieci, żeście mnie uwolniły od tej zmory.
— Ojcze!
— Bóg zapłać, dziękuję, raz jeszcze wam dziękuję. Uważam, że ty, Karolu, jakoś do gospodarstwa się wziąłeś...
— Uczę się, chciałbym...
— Owszem, owszem, mój synu, zostawiam ci pole, pracuj, bo doprawdy to praca wdzięczna... to, na mój rozum, jedno ze szlachetniejszych zatrudnień... Nie zbogaca ono szybko, nie opłaca sowicie trudów, ale pomimo niepowodzeń, pomimo klęsk jakie się trafiają, ma w sobie coś, co przyciąga, przywiązuje do roli... Jak pobieleją ci włosy, to zrozumiesz.
— Rozumiem już, ojcze.
— Powiedziałem, że ustępuję ci pola... pracuj... ja się do niczego wtrącać nie będę.
— Dlaczego?
— Na emeryturę pójdę... Sapiejewski poczci-