Strona:Klemens Junosza - Zagrzebani.djvu/263

Ta strona została skorygowana.

— Powietrze inne... Szczególna rzecz, odległość przecie nie wielka.
— Widzi pan, tajemnica łatwa do odgadnięcia. W Maciejowie nie miałam co robić — tu mam zajęcia mnóstwo... w Maciejowie byłam prawie sama jedna, a tu...
— Cóż tu, kochana pani... tu ma pani tylko jednego Witolda.
— Mylisz się pan — tu mam cały świat... Kocham Witolda i szanuję go, kocham jego przekonania i podzielam je w zupełności, jest mi z nim dobrze, zupełnie dobrze — właśnie dla tego, że go kocham... Mamy przed sobą cel jasno wytknięty i określony. Praca wypełnia nam życie, wystarczamy sobie oboje i zdaje mi się, że jesteśmy użyteczni i dla drugich. Mamy dziecko, które jeszcze silniej nas łączy — wychowamy je na dzielnego obywatela. Ten maleńki, gdy dorośnie, weźmie po nas kawałek ziemi, będzie go strzegł jak oka w głowie i będzie na nim pracował. Odziedziczy po nas ideały, wierzenia i przekonania nasze, dla nas będzie dumą i pociechą, dla ogółu uczciwym i pożytecznym pracownikiem. Wychować takiego właśnie pracownika, wpoić w niego uczciwe zasady,