Strona:Kościół a Rzeczpospolita.djvu/006

Ta strona została uwierzytelniona.

święty, ani wyrzec się praw, które, jak twierdzi, nadało mu Niebo.
Instytucja jego, taka, jaką nam wykłada, nadaje mu władzę cywilną i polityczną nad całym światem. Jest potęgą świecką, albowiem jest potęgą duchowną. Żąda posłuszeństwa od ciał, aby istotnie były mu poddane dusze, i faktem jest, że nie da się pomyśleć panowanie nad duchem bez panowania nad ciałem. Prawdą jest, że wznosi się on ponad wszystkie rzeczy tego świata; prawdą jest również, że obejmuje je i przenika. Włada ziemią, lecz jest z tej ziemi. I gdy nasi mężowie stanu i nasi prawodawcy żądają od niego, by zamknął się w swej dziedzinie duchownej, i gdy nas zapewniają, że to niewątpliwie uczyni i że uzna to za dobre, jasnym jest, że kpią z nas lub z niego, o ile nie są istotnie zbyt naiwni. W epoce dekretów Artur Ranc, który nie uchodzi za naiwnego i nie kpi nigdy z Rzeczypospolitej, rozmawiał pewnego dnia przed wielkim kominkiem pałacu Luksemburskiego z jednym ze swych przyszłych kolegów, duszą najżarliwszą i twarzą najbardziej otwartą stronnictwa katolickiego, senatorem Chesnelong’iem.
— Zgódź się pan ze mną — powiedział mu Ranc — że religja jest sprawą prywatną, rzeczą sumienia indywidualnego, a porozumiemy się z łatwością co do reszty.
Na tę propozycję, senator katolicki wyprostował się i odparł gorąco:
— Nigdy! słyszy pan? nigdy! Religja katolicka — sprawą prywatną? Nie! Jest to sprawa społeczna, mój panie, sprawa społeczna i państwowa.
Stary Chesnelong pod wielkim kominem Luksemburgu mówił zgodnie z nauką rzymską. I gdy usłyszymy jakiegokolwiek ministra wyznań, oświadczającego, że biskupi winni są ograniczyć się do wykonywania swej świętej służby, pomyślimy sobie, że nie wie, co to jest biskup katolicki, lub, że udaje, iż tego nie wie.