Strona:Konfederat.djvu/35

Ta strona została uwierzytelniona.

— Czy żyje matka? — zapytał przybyły.
— Żyje — wybełkotał szlachcic.
— Ale nasza wspólna, a moja druga matka umiera![1]
— Co gadasz!
— Wszystko zabierają!
Nastąpiło długie milczenie. Bednarz i potomek królewski płakali, leżąc jeden drugiemu na piersi.
— No, opowiadaj... cóż?... ach! tyle lat... co to za mundur?... co ty bez jednej ręki? — zapytał szlachcic, gdy do izby już byli weszli, a syn z matką się przywitał.
— Powoli, powoli, mości Marcinie — odparł bednarz — bo mi się w głowie kręci. Z czasem to wam wszystko opowiem. A teraz macie tu wasze papiery. To wszystko wasze, a ja znowu bednarzem.
Popiel rozwinął pęk papierów.
— Co! to mianowanie na rotmistrza? Chryste Boże! „Marcin Popiel, rotmistrz...“ — czytał zdumiony szlachcic, a ręka drżała mu jak liść osiki.

— Matko Boża — krzyknął szlachcic — to ja mam żyć chlebem, co sobie drugi upiekł! Nie! pójdę do Warszawy, opowiem to wszystko królowi, on wam nada szlachectwo, boście na to zasłużyli. I jam na coś zasłużył, bom dotrzymał słowa... i to jak! pięć lat i sześć tygodni.

  1. Mowa o pierwszym rozbiorze Polski.