Strona:Krwawe drogi.djvu/106

Ta strona została uwierzytelniona.
W LUBELSKIEM...

Tu i ówdzie lśni tafla jeziora, szaro-biała. Ziemia gnie się pod stopami. Drogi piasczyste, gdzie w czasie deszczu koła ryją się w błocie po osie, zaś w dzień pogodny żółte obłoki wznoszą się, zasypując pyłem oczy, usta, aż zęby zgrzytają. Widzicie? — dzisiaj tam nie obłoki, ale morza olbrzymie pyłu wydymają się ku niebu, niby mgły złote, purpurowe i krwawe. Kolor ich rozmaity od szarego aż do szkarłatu, przewijanego czarną wstęgą dymu pożarów. Widzicie tysiące żołnierzy biegnących naprzód, spieszących mordować podpalaczy, koić cierpienia pogorzałych. Sami oni osmaleni, wyschnięci od marszu wojennego, w oczach iskrzących się żądzą chwały i zemsty na rozbójniku północnym. Już serce ich rycerskie nie widzi przed sobą wroga, z którym prowadzi się męski bój, nie! serca ich już przejęte pragnieniem pomsty, od czasu, gdy żołnierz rosyjski przestał być honorowym przeciwnikiem, a zamienił się w bydlę, co uciekając, w strachu ryje ziemię, rozwala, tratuje, miażdży... morduje i pędzi niewinnych... Tak lew ściga sza-