Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/147

Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie łaj Tadzia, Marylo — rzekła Ania, zbierając szczątki drżącemi rękami. — To była moja wina. Postawiłam tu półmisek i zapomniałam o nim zupełnie. Jestem słusznie ukarana za niedbalstwo. Ale, ach! co powie panna Barry?
— Trudno, wiesz przecież, że go kupiła. Co innego, gdyby to była jakaś pamiątka rodzinna — starała się pocieszać ją Diana.
Goście, czując, że obecność ich była krępująca, odeszli, a Diana i Ania, zmywając naczynia, rozmawiały ze sobą tak mało, jak jeszcze nigdy w życiu. Wkrótce Diana poszła do domu ze strasznym bólem głowy, Ania zaś z niemniejszym powędrowała na swą facjatkę.
Powróciwszy o zachodzie słońca z poczty, Maryla wręczyła Ani list, pisany przez Priscillę poprzedniego dnia. Okazało się, że pani Morgan skręciła nogę, tak że nie mogła opuszczać pokoju.
— Ale co najgorsza, droga Aniu — pisała Priscilla — obawiam się, że nasze odwiedziny nie dojdą wcale do skutku. Z chwilą, gdy ciotka wyzdrowieje, będzie musiła wrócić do Toronto, bo przyrzekła stawić się tam na oznaczony termin.
— Trudno — westchnęła Ania, odkładając list na kamienny stopień schodów, na których siedziała. — Zgóry wiedziałam, że marzenia o przyjeździe pani Morgan były zbyt piękne, ażeby mogły się spełnić. Ale co znowu! Wstydzę się tego zdania — pesymizm jego godny jest Elizy Andrews. To wcale nie było zbyt piękne, ażeby się mogło urzeczywistnić. Miałam już niejedno piękniejsze przeżycie. Wypadki dnia dzisiejszego mają też swoją śmieszną stronę. Kto wie, czy z Dianą, jako siwowłose staruszki, nie będziemy się śmiały z tych zmartwień. Dziś jednak doznałam gorzkiego rozczarowania.
— Prawdopodobnie doznasz w życiu wielu i większych rozczarowań — rzekła Maryla, pragnąc pocieszyć strapione