Strona:Lafcadio Hearn - Czerwony ślub i inne opowiadania.djvu/152

Ta strona została skorygowana.

wzywali go na sędziego w swych sporach w razie potrzeby, pożyczali od niego pieniądze i deponowali u niego ryż, przeznaczony na sprzedaż.
Wielki folwark Hamagucziego, o słomiane] strzesze, stał na skraju wyżyny, z której widać było zatokę morską. Wyżyna ta, z trzech stron otoczona gęsto zalesionemi wzgórzami, opuszczała się łagodnym zboczem w wielką, zieloną wklęsłość, idącą aż ku brzegowi morskiemu. Całe to zbocze, długie na jakie trzy ćwierci mili (ang.), było tak porżnięte terasami, że, widziane z pełnego morza, wyglądało jak ogromny rząd zielonych stopni, w środku rozdzielonych cienką, białą zygzakowatą linją — stromą górską drogą. Nad zatoką stało około dziewięćdziesięciu, słomą krytych, chat i świątynia Szinto, stanowiąca własność wsi; inne chaty pięły się po zboczu górskiem, rozrzucone w pewnej odległości od siebie, po obu stronach wąskiej drogi, prowadzącej ku obejściu pana dziedzica.
Pewnego jesiennego wieczoru, przyglądał się Hamaguczi Gohei, z balkonu swego domu, przygotowaniom do zabawy, jakie we wsi robiono. Był bardzo dobry zbiór ryżu, wobec czego wieśniacy chcieli uczynić żniwa zapomocą tańca w podwórzu Udżigami[1]. Staruszek widział chorągwi świąteczne, powiewające nad strzechami samotnych uliczek, sznury latarń papierowych, zwisające z żerdzi bambusowych, udekorowaną kaplicę i zbiegającą się młodzież w różnobarwnych sukniach. Nikogo tego wieczoru przy nim nie było, wyjąwszy małego dziesięcioletniego wnuka, ponieważ wszyscy domowi wcześnie udali się do wsi. Chętnie towarzyszyłby im i on, gdyby nie to, że czuł się słabszy niż zwykle.

Dzień był duszny i, mimo dolatujących z morza pod-

  1. Parafjalna świątynia wyznania Szinto.