Strona:Lafcadio Hearn - Czerwony ślub i inne opowiadania.djvu/80

Ta strona została skorygowana.

bez względu na pogodę, podróżował, aby głosić słowo boże w miejscach, gdzie żaden inny kapłan nie śmiałby się pokazać. Albowiem wiek ten był wiekiem gwałtu i zamieszek i samotnemu podróżnemu, choćby nawet był kapłanem, zawsze groziło na gościńcu niebezpieczeństwo.

Podczas swej pierwszej dłuższej podróży Kwairijo miał sposobność zwiedzić prowincję Kai. Pewnego wieczoru, po długim marszu przez góry, panujące w tej prowincji ciemności zaskoczyły go w miejscu bardzo samotnem, odległem o całe mile od jakiejkolwiek wioski. Wobec tego postanowił spędzić noc pod gołem niebem, a znalazłszy odpowiedni, porosły trawą wzgórek przy drodze, wyciągnął się na nim i przygotowywał się do snu. Nigdy nie unikał niewygód i nawet nagi głaz, jeśli nie można było znaleźć nic innego, był dla niego dobrem łożem, a korzeń sosny doskonałą poduszką. Członki jego ciała były z żelaza, tak, że nigdy nie dbał o rosę, deszcz, mróz lub śnieg.
Ledwo się położył, pojawił się na drodze człowiek z siekierą i wielką wiązką drew. Ujrzawszy leżącego Kwairijo, drwal zatrzymał się i, po chwili milczącej obserwacji, rzekł tonem wielkiego zdziwienia:
— Kimże właściwie jesteście, dobry panie, że nie boicie się leżeć samotnie w takiem miejscu, jak to?… Są tu straszydła — wiele straszydeł… Czy nie boicie się Kudłatych Istot?
— Mój przyjacielu! — odpowiedział mu pogodnie Kwairijo — jestem tylko wędrownym kapłanem — „Gościem Chmury i Wody“, jak to lud nazywa: Un-sui-no rjokaku. Nic a nic nie obawiam się Kudłatych Istot — o ile rozumie się przez nie bisy-duchy i inne stworzenia tego rodzaju. Co się tyczy miejsc samotnych, to lubię je: nadają się doskonale na me-