Strona:Leblanc - Czerwone koło.djvu/119

Ta strona została skorygowana.
115

Zdjął słuchawkę.
— Numer 1726 J. — poprosił.
A gdy otrzymał żądane połączenie:
— Czy panna Klara Skinner? — spytał. — Aha, jesteś. Klara! Jesteś sama? A co robisz? Palisz papierosy? Doskonale!... Słuchaj więc, dziewczyno! Masz przyjść tu zaraz. Muszę z tobą mówić natychmiast.
Sam Smiling odłożył słuchawkę, ukrył telefon i zasłonił znów kalendarzem. Potem zdjął z siebie fartuch skórzany, włożył marynarkę, a na głowę miękki kapelusz filcowy. W głębi alkowy nachylił się i znalazł gwóźdź w ścianie. Poruszył gwoździem i otworzyły się małe, niskie drzwiczki. Przez wyjście to, które posłużyło już do ucieczki Tomowi i Jonesowi, Sam wyszedł na wąską uliczkę, z jednej strony wiodącą na olbrzymie podwórze, połączone z pustemi placami, a z drugiej kończącą się pustym sklepem. Przeszedł przez ten sklep by wyjść na ulicę, zwolnił ze straży Toma i oddalił się.
Po kilku minutach znalazł się w ulicy, gdzie było coś w rodzaju bardzo podejrzanego sklepu z ziołami. Na progu siedziała stara czarownica z twarzą sowy. Sama Smilinga powitała z uniesieniem i razem z nim weszła do sklepu. Po upływie pięciu minut Sam wyszedł, niosąc związany sznurkiem pakiecik. Minął ludne podwórze, uliczkę i znalazł się znów w swej kryjówce. Tam w szafce, obok telefonu, umieścił zawartość pakietu, a mianowicie pudełeczko, flaszeczkę i gąbkę, poczem przebrał się staranne pozamykał wszystko, nałożył fartuch i wrócił do swego warsztatu, Jako spokojny, uprzejmy szewc.
Po upływie dwudziestu minut, młoda kobieta, idąca krokiem pewnym i energicznym, znalazła w podwórzu, przylegającym do sklepiku.